niedziela, 2 lutego 2014

Porozmawiajmy o... feriach w Kościerzynie.

      Minął grudzień, a zimy nie było widać. Mijał styczeń roku 2014, a już nieśmiało witaliśmy wiosnę. Taka właśnie jest zima przełomu roku 2013/2014.
Ni stąd ni zowąd spadł upragniony śnieg. Zbieg okoliczności chciał, że pierwszy białe płatki pojawiły się wraz z początkiem ferii szkolnych. To właśnie feriom i zimie, ale nie takiej jaką mamy okazję oglądać przez ostatnie lata, tj. ciepłej, bezśnieżnej, lecz takiej zimnej, srogiej i białej poświęcony będzie dzisiejszy wpis.

       W ostatnim poscie wspominałem swoje dzieciństwo pod blokiem. Dzisiaj trochę rozszerzę temat o to, jak spędzałem swoje ferie zimowe. Niech punktem wyjścia będzie wiek, w którym to rodzice nie byli skorzy do wypuszczania mnie i siostry dalej niż nasze podwórko i też tylko wtedy kiedy byli oni akurat w domu. Moi rodzice nie należeli do tych, którzy wychowanie dzieci pozostawiają ulicy. Dlatego, też we wczesnym dzieciństwie przerwę semestralną spędzałem w dwojaki sposób, w bloku lub u babci na wsi. W tamtym okresie sporo bardziej lubiłem spędzać jakikolwiek czas wolny zimą u babci. Blokowisko nie dostarczało wówczas tylu wrażeń. Przede wszystkim dlatego, że podczas nieobecności rodziców, którzy byli w pracy, wraz z siostrą musieliśmy siedzieć w domu. Wyobraźcie sobie czasy bez komputerów i gier video, dwójkę rodzeństwa rożnej płci, dwa pokoje i co najważniejsze jeden telewizor marki Rubin. Jednym słowem przysłowiowy „sajgon” - krzyki, płacze, latające zabawki, trzaskanie drzwiami. Ot taka codzienność w bloku. Dlatego wakacje u babci były swego rodzaju wybawieniem.
      Babcia wówczas nie miała chyba telewizora, dlatego dzisiaj mogę powiedzieć „i chwała Bogu”. Całe dnie wraz z siostrą i kuzynem biegaliśmy po podwórku rzucając się śniegiem, pomagając przy oporządzeniu gospodarstwa. Najważniejszym jednak miejscem zimowych szaleństw była górka za gnojownikiem. Tuż za murem była ogromna, stroma połać, z której zjeżdżaliśmy na tyle możliwych sposobów ile wówczas byliśmy wstanie wymyślić – od klasycznych sanek, przez worki, kuligi, poprzez wózki dziecięce na bamboszach kończąc. Równolegle do tej górki biegła miedza, na którą wylewaliśmy nocą wodę, aby następnego dnia worki mogły osiągnąć na niej kosmiczne prędkości. Jeżeli ktoś w porę nie wyhamował kończył swój zjazd skacząc do rowu. Sam zjazd także wymagał nie lada gimnastyki, bo miedza była usłana zmarzniętymi krecimi kopcami, z którymi bliższe zetknięcie było bardzo bolesne.
Wypnia u szczytu
Wypnia z boku
      Kiedy podrośliśmy, a rodzice uznali, że jesteśmy na tyle odpowiedzialni aby samodzielnie pójść na miejskie górki, udawaliśmy się na największą górkę w mieście – na Wypnie. Do dzisiaj nie wiem skąd wzięła się ta nazwa i co tak naprawdę oznaczała. Nie miało to większego znaczenia wtedy, a tym bardziej dzisiaj. Pewne jest natomiast, że to słowo było nacechowane różnymi emocjami. To prawie tak jakby mówić o Mount Everest – towarzyszą temu pewne odczucia i przeplatające się przed oczyma obrazy. Podobnie było właśnie z Wypnią. Góra Śmierci, jak nazywali ją inni znajdowała się na osiedlu Norwida bądź Moniuszki. Obok górki stał nowo postawiony budynek TBS dla pracowników szpitala. Najwyższy punkt Wypni sięgał ok 14m, czyli niemal tak wysoko jak kalenica wspomnianego bloku. Z doświadczenia zawodowego wnioskuję, że góra miała nachylenie ok 40-45%. Była na tyle stroma aby szybko z niej zjechać, ale też na tyle płaska aby z trudem się na nią z powrotem wdrapać – no chyba, że ktoś ciągnął za sobą naprawdę ciężkie sanki.
       W ustępie wyżej wspomniałem o sankach. Sanki na Wypnie musiały być specyficzne. Na nic zdawały się na niej te śmiesznie lekkie saneczki z samego drewna, ponieważ zostawały po nich wyłącznie same strzępy. Moje sanki zrobił ojciec. Ich rama była ze stalowych walcowników, pustych w środku o grubości ok 3mm, i przekroju ok 200 mm średnicy. Góra była wyłożona sosnowymi klepkami. Kiedyś do sanek był doczepiony również koszyk, aby nie wypadała z nich moja siostra. Z czasem go zdemontowałem, bo przeszkadzał mi w skokach. To właśnie do skoków sanki musiały być naprawdę mocne.
Moje sanki
        Chłopacy zawsze wpadają na dziwnie niebezpieczne zabawy, które w ich odczuciu to kolejna gra. Swego czasu u stóp Wypni zamontowaliśmy stare drzwi z hangaru. Wyprofilowaliśmy najazd, wrota przysypano śniegiem i zalano wodą. Dzień później zjeżdzaliśmy w dół wprost na skocznie i lecieliśmy pewnie ok 6m w dal, 1,5 m. nad ziemią. Słabe sanki łamały się jak zapałki. Pękały również niejedne nogi i ręce. Po dwóch latach takich skoków skrzywiłem w sankach lekko tylną płozę i połamałem jedną z desek. Młotek i taśma izolacyjna załatwiły sprawę.
      Kiedy dorosłem zimą zacząłem robić zgoła co innego. Czas zajmowało mi łowienie ryb z przerębli na jeziorze, głównie Zagnaniu. Nie przeszkadzał mi mróz, mokre i sine ręce. Ważna była ta cisza – wyalienowanie się. Dlatego tak lubię chodzić na ryby, chociażby po to, aby zamoczyć pusty haczyk. Kiedy indziej spotykałem się z przyjaciółmi na mieście. Później już wykorzystywałem ferie na pracę i dorobienie sobie kilku złotych.
       Dzisiaj miasto dysponuje szeregiem kompleksów gdzie można spędzić ferie inaczej niż moje pokolenie. Tuż przy mojej starej szkole znajduje się miejskie lodowisko. Trzeba przyznać, że jest oblegane w sezonie zimowym. Na łyżwy może przyjść każdy, nawet ten kto nie ma sprzętu, bo miasto za małą opłatą go udostępni. W wolnym czasie można pójść do kina czy na basen – niedopomnienia jeszcze 10-15 lat temu. Wtedy alternatywą był Gdańsk.

      Najbardziej niepokojące jest to, że pomimo pojawienia się przynajmniej raz do roku śniegu, dzieci na dworze jest mniej. Wypnia opustoszała (działka została wykupiona i ogrodzona). Nikt nie wraca wieczorem „mokry jak guła”, białym jak bałwanek i z zamarzniętym smarkolem pod nosem. Zawsze mnie dziwiło dlaczego moi rodzice w takich sytuacjach się z nas śmiali i jednocześnie krzyczeli. Pewnie byli szczęśliwi, że się tak bawimy, że nawet mróz nam nie przeszkadza. Krzyczeli zaś zapewne dlatego, że zdawali sobie sprawę, że ciuchy przez noc wyschną, a następnego dnia będą znowu do suszenia. No, ale jak to miał w zwyczaju mówić mój tata: „aby nie chorować, dupa musi się wymarznąć”, a ja od siebie dodam „siedzenie przed komputerem i granie w zimowe olimpiady nie daje tyle frajdy co jeden zjazd na Wypni”.



Autor: Krzysztof Grau

==================================================================

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeżeli masz zamiar napisać coś głupiego, to lepiej zachowaj to dla siebie. Jeżeli chcesz coś skrytykować, zrób to kulturalnie.